Ludmila Bubanova
nie wyjeżdża na wakacje.
Zamiast odpoczynku wybiera pracownię, w której dzierganie staje się formą medytacji, terapią i manifestem emocjonalnym. W rozmowie z Kamilą Knap opowiada o sile codziennej praktyki, cielesnych inspiracjach, wstydzie zakorzenionym w kulturze oraz o tym, dlaczego życie artystki wciąż balansuje na granicy wolności i niepewności.

Wywiad:
Kamila Knap, Shroom: Zanim włączyłam dyktafon powiedziałaś, że nie jeździsz na wakacje, bo Cię nudzą.
Ludmila Bubanova: Tak, nie wyobrażam sobie, żebym mogła zostawić moją pracownię na więcej niż 2 dni. Zawsze jest mi ża tego czasu, kiedy nie pracuję. To nie jest pracoholizm. Poprostu w mojej pracowni czuję się najlepiej. Spędzanie czasu sama ze sobą jest relaksujące i rozwijające jednocześnie.
Czyli prawdziwa pasja.
Ostatnio w sytuacji randkowej opowiadałam komuś, jak dużo czasu spędzam w pracowni. Dostałam na to pytanie, co robię, żeby się zrelaksować. Sama się zdziwiłam, ale odpowiedź była taka, że w sumie idę do mojej pracowni. W pracowni jestem co weekend, to moje miejsce.
Zrobiłaś na mnie ogromne wrażenie jak się spotkałyśmy, żeby omówić naszą współpracę. Podczas całego spotkania nie przestawałaś dziergać.
Ja po prostu nie mogę przestać. Boję się.
Wydaje mi się, że podobnie ma każdy mistrz swojej dziedziny. Tak jest po prostu chyba z dowolną praktykę życiową, jaką sobie wybierzesz i chcesz wejścią w nią w pełni. Ciebie widzę już jako prawdziwą mistrzynię tkaniny.
Ale jest też trochę tak, że jakby im im głębiej się w wchodzi, tym bardziej widzę, że jeszcze dużo nie umiem. Cały czas jest coś nowego i trzeba się nieustannie uczyć. W sumie moja praca to ciągła nauka. Codziennie poznaję nowe rzecy i umiejętności i to jest wspaniałe. Jestem teraz na etapie, że bardzo dużo intuicyjnie czuję, ale chciałabym się też rozwijać w bardziej skomplikowanych technikach, w tym komputerowych i w programowaniu dzianiny. Bardzo chciałabym nauczyć się pracować z bardziej skomplikowanymi maszynami. Od zawsze bardzo mnie fascynowały, ale przez to, że jestem po ASP, a nie po studiach modowych nie miałam do nich bezpośredniego dostępu. Takie maszyny są mało dostępne poza środowiskiem komercyjnym i uczelni.
“Ja po prostu nie mogę przestać. Boję się.”
Zawsze można wrócić na uczelnie, ja bardzo marzę o bardzo rozwijających studiach, bo prawo, które skończyłam nie było moją pasją.
LB: Ja też nie byłam za bardzo zadowolona, ale też wydaje mi się, że studiowanie w wieku kiedy już się trochę pracowało i zdobyło doświadczenie jest czymś innym. Wtedy więcej czasu poświęca się na to, żeby naprawdę się uczyć. Szanujesz to, że możesz tam być, myślę, że zaprzepaściłam trochę szans na swoich studiach nas.
Jak wielu z nas, którzy od razu po szkole poszli na studia. Jak jest się bejbikiem 19 letnim i idzie się na studia, to trochę euforia, że „jestem dorosła”.
No właśnie, że mogę robić co chcę i nie będę chodzić na wykłady mamo.
No i też nie doceniamy trochę naszych profesorów i nauczycieli i nie możemy z nich czerpać tak bardzo, jak się da. Może są 19 czy 18 letnie dojrzałe osoby, ale zdecydowanie nie byłam to ja.
Ja byłam bardzo przekonana, że wiem czego chcę. Jak miałam 19 lat myślałam, że to jest właśnie scenografia i kostiumografia, teatr. I dopiero teraz, jak miałam 30 lat dowiedziałam się, że ja tego nie chcę robić i i że moją misją jest tkanina. I, że jedyne co chcę naprawdę robić, to pracować tkaniną i z dzianiną. Nic innego mnie nie interesuje.
Od kiedy mieszkasz w Warszawie?
Już 14 lat, przyjechałam na Erasmus na ASP. Spędziłam tutaj jeden semestr, ale potem wróciłam, bo bardzo pokochałam Warszawę i Polskę. Cały czas bardzo lubię tutaj być i czuję się tu w domu tutaj bardziej niż na Słowacji. Cała dorosła część mojego życia, która mnie ukształtowała, wydarzyła się w w Warszawie. Ale zaczęło się tak, że postanowiłam zdawać egzamin na magisterkę na ASP i się dostałam.
Dla mnie to pierwsze miasto, do którego przyjechałam z Bratysławy, gdzie mieszkałam u rodziców podczas studiów i bardzo chciałam być już samodzielna i sama zacząć dbać o siebie. Niezależność była moim marzeniem w sumie od kiedy byłam nastolatką. Jak tylko przyjechałam tutaj, to poczułam, że jestem sama, że to wszystko zależy ode mnie i mogę sobie sama wszystko zbudować, sama jakby stworzyć swoje życie. Ta Warszawa tak się przydarzyła, no i została. Ale, też nie wykluczam, że kiedyś zamieszkam gdzieś indziej. Przygoda związana z nowym miejscem i tworzeniem siebie na nowo jest bardzo kusząca.
Nie moda, lecz wspomnienie – ubranie jako emocjonalna skóra

Fot. Antoni Golik
Co Cię inspiruje?
Chyba najbardziej inspirują mnie same ubrania, stroje, ale bardziej w takim znaczeniu nie w modowym, tylko w znaczeniu sentymentalnym, cielesnym. Jestem bardzo sentymentalna, bardzo lubię różne pamiątki rodzinne. Inspirują mnie rzeczy odziedziczone, z którymi wiążą się wspomnienia, sytuacji, dotyku albo relacji. Kolekcjonuję rzeczy po moich babciach, prababciach, mamie, moje rzeczy z dzieciństwa i myślę, że od tego wychodzą wszystkie moje inspiracje i obrazy, które widzę w głowie. Ubranie to dla mnie druga skóra, nawet nie sposób wyrażania siebie, ale opakowanie dla ciała i cały czas go dotyka. Tkaniny są wszechobecne w codziennym życiu, są wszędzie – od poduszek, pościeli, zasłon, tapicerki w samochodzie, cały czas jesteśmy w kontakcie z tkaniną. Zostawiamy na niej jakiś ślad, mikro cząsteczki skóry, jakieś zagniecienia i to wszystko jest bardzo połączone z ciałem i przeżywaniem.
Poza tym inspiruje mnie ciało samo w sobie – anatomia, budowa ciała, jego organy i wszystko to, co jest jakby niewidoczne, co jest w środku.
Bardzo mocno widać to w twoich formach, dużo w nich organicznych kształtów, właśnie nawiązujących do organów. A też z uwagi na własne przeżycia silnie to ze mną rezonuje.
Tak, to wszystko połączone jest ze zdrowiem, z chorowaniem i z opieką. W sumie też ze strachem i poznaniem samego siebie, ale też unikaniem tego. Myślę, że łączy się z tym też wstyd. I jakieś poszukiwanie samoakceptacji, co jako kobieta przeżywam codziennie i z czym się borykam.
Wstyd w krajach katolickich albo postkatolickich to bardzo mocny element naszej psychiki. Takiego zawstydzania w kwestiach dotyczących ciała, szczególnie kobiet, i umieszczanie tego ciała w strefie profanum było bardzo dużo. Często byłyśmy wychowywane w modelu, że ciało, to coś czegoś należy wstydzić, a nie celebrować. Wydaje mi się, że nasze pokolenie mocno się uczy przyjaznego podchodzenia do swojego ciała i opiekowania się nim.
No ja właśnie, ja ten temat przerabiam właśnie poprzez twórczość i poprzez mój kontakt z materiałem i dotykiem. Czuję się bardzo emocjonalnie związana z rzeczami, które robię, a fizyczne ich wykonywanie to dla mnie rodzaj medytacji. Przeżywam czasem uniesienia emocjonalne podczas pracy – są to piękne momenty. Mogłabym powiedzieć, że to właśnie dla nich to robię. Widzę, jak moje przedmioty tworzą też emocje w innych ludziach i to jest super, duża wartość dodana, ale tak naprawdę robię to dla siebie.
Bardzo czuć te prawdziwe emocje w twoich pracach i chyba dlatego zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia.
Chyba wynika to właśnie z praktyki codziennej. W tym momencie mam to szczęście, że mogę to robić w sposób pogłębiony. Mam środki ze stypendium, jestem w stanie pracować codziennie. Przez to mam dostęp do siebie w trakcie tworzenia, budowania z tych swoich emocji, przestrzeń do odkrywania i też po prostu dawania sobie czasu na szukanie i znajdywanie rzeczy. Myślę, że to jest bardzo ciężkie w momentach, kiedy finansowo nie można sobie pozwolić na to, żeby spędzać codziennie czas w pracowni. Wiem o tym z własnego doświadczenia, bo jeszcze rok temu byłam w zupełnie innej sytuacji. I znowu mogę się w niej znaleźć – jestem freelancerką artystyczną, bez oparcia w uczelni albo instytucji. Cały czas boję tego, że nie będę mogła właśnie przychodzić codziennie do pracowni i tworzyć, i będę musiała pracować dla kogoś innego.
Pozycja człowieka, który jest nastawiony na swoje ideały i kreatywność, a nie na czystą komercję jest bardzo trudna. Shroom też jest marką o romantycznym charakterze. Mamy receptury zrobione tak rzetelnie, jak tylko potrafiłyśmy, a przez to są drogie, a nasze marże wcale nie tak wysokie, jakby mogły być. Taki idealizm ma bardzo wysoką cenę, którą ponosimy.
Cały czas ze względów finansowych biorę też różne dodatkowe prace, żeby nie zostać na lodzie. No ale, też tak postanowiłam. Jestem bardzo wdzięczna moim rodzicom, mam duże oparcie w nich i bardzo mnie wspierają. Wybrałam trudniejszą drogę, kiedy już mogłam mieć stosunkowo łatwą w scenografii filmowej. Byłam wspierana przez rodziców podczas studiów, potem zaczęłam pracować w scenografii filmowej, gdzie zarabiałam całkiem dobre pieniądze. No i teraz wróciłam do momentu, że czasem muszę pożyczyć. Ale to jest rzadkie, a zawsze jest to duże walka sama ze sobą. Czuję odpowiedzialność i w sumie trochę obowiązek, że skoro mam tę szansę, to muszę ją wykorzystać i zrobić to najlepiej jak tylko umiem. Poświęcić się temu, żeby zbudować swoją markę i nazwisko. Staram się regularnie prowadzić Instagram, cały czas budować jakieś nowe kontakty, żebym mogła zajmować się tym co kocham, a też móc z tego żyć. Mam teraz jedną szansę, żeby to zrobić, a więcej w życiu jej nie będzie. Staram się po prostu być bardzo rzutka i aktywna, nie skarżyć się, nie być leniwa i i też nie mówić „o boże, straszny ten Instagram nie chce mi się, bo to jest takie nudne i męczące”. Jest to bardzo ważne medium, nie da się od niego uciec w naszych czasach w sztuce i kulturze.
Przegrać na Instagramie, to teraz jak przegrać życie. Przynajmniej, jeśli tworzy się markę.
Kariera w świecie audiowizualnym to jest niestety kariera, która wydaje mi się, jest połączona zawsze z mediami społecznościowymi. Jedna trzecia mojego dnia jest poświęcona robieniu zdjęć, postów i odpowiadaniem ludziom na wiadomości.
Prace artystki




fot. Dominika Tomkowska i Ľudmila Bubánová
Miłość, seks i kreatywność – o rozwoju w samotności
Czy poza pomocą ze strony rodziców dostałaś jeszcze jakieś wsparcie?
Doświadczyłam dużo pomocy i różnych miłych gestów jak zaczęłam wychodzić bardziej na zewnątrz ze swoją twórczością. Spotkałam bardzo wiele osób, które otworzyły mi jakieś drzwi lub kupił coś ode mnie. Okazuje, że jak daje się coś swojego, co przynosi komuś emocje, to można też coś dostać w zamian. To jest transakcyjne, ale na tym polegają relacje.
Właśnie ten poziom emocjonalny jest super ważny i wymaga otworzenia się. Można być twórcą, który robi do szuflady i boi się wyjść do innych. To właśnie wyjście na światło dzienne i pokazanie wrażliwej siebie wymaga prawdziwej odwagi, ale też to jest to, co dlaczego ludzie szukają.
Dla mnie to też było dużym przełomem. Zawsze byłam bardzo emocjonalnie zamkniętą osobą. Nie zauważałam, tego, co dzieje w mojej psychice albo po prostu to ignorowałam. Miałam też z tego powodu problemy też związku, który ostatecznie się rozpadł. Nie potrafiliśmy znaleźć porozumienia, a ja uciekałam dodatkowo od zrozumienia samej siebie, własnych wątpliwości, które nawarstwiały się latami, aż skończyło się rozstaniem. Myślę, że mogło skończyć się lepiej. Ale przez to wszystko na nowo odkryłam siebie, zaczęłam zajmować się dzierganiem i było to dla mnie coś bardzo uwalniającego i terapeutycznego. Wtedy też zaczęłam wychodzić do świata ze swoją twórczością. Łączyło się to z tym, że trzeba trochę bardzo zrozumieć siebie i być bardziej otwartym też na swoje emocje i swoje przeżywanie.
Pamiętam jak w zeszłym roku powiedziałaś, że seks bardzo ogranicza energię twórczą, z czym z resztą totalnie się zgadzam.
Kiedy jestem bardzo w twórczej energii, mam konkretny projekt w głowie, cały dzień spędzam w pracowni, to ostatnie o czym myślę, to seks. Całą tę energię twórczą wykorzystuję tutaj.
Byłam bardzo zakochana, gdy Shroom stawiał pierwsze kroki na rynku. Z jednej strony piękne uczucie, ale też zabiera mózg.
Jestem singlelką, i nawet moja mama mówi, że to jest czas, który muszę wykorzystać. Nie jestem związana partnerem, dziećmi, miłością, ale też w sumie nigdy nie wiadomo ile to potrwa, ale to jest czas, kiedy mogę się rozwijać i mieć w tym poczucie spełnienia. Fajnie, jak to się zmieni, bo wiadomo, że nikt nie chce być samotny w życiu, miło mieć partnera i bliskich, ale teraz mogę poświęcić się tworzeniu. Jest to piękny czas. Dzięki temu, że wiele w sobie przerobiłam poświęcając się tworzeniu stałam bardziej świadomą osobą, bardziej też współczującą empatyczną niż byłam właśnie w czasie, kiedy nie robiłam tych rzeczy, które robię teraz.
Rozmawiała: Kamila Knap Zdjęcia: Antoni Golik
Ludmila o sobie
Jestem artystką i projektantką pochodzenia słowackiego, mieszkającą na stałe w Warszawie. Ukończyłam Wydział Scenografii Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie oraz Katedrę Projektowania Scenografii na Wydziale Scenografii Wyższej Szkoły Sztuk Muzycznych w Bratysławie. Tworzę na styku kostiumu, tkaniny i mody. Moje prace obejmują zarówno obiekty z nurtu wearable art, jak i instalacje oraz autorską odzież. Medium tkaniny i włókna zajęłam się na nowo w ostatnich latach – powróciłam do niego w czasie lockdownu, sięgając do dziecięcych pasji. Od tego momentu konsekwentnie rozwijam się w technikach tekstylnych, które stały się moim głównym środkiem wyrazu. Szczególne miejsce w mojej praktyce zajmuje dziewiarstwo i projektowanie dzianiny. Moimi głównymi inspiracjami jest ludzkie, w szczgólności kobiece ciało, jego siła i słabość w społecznym i kulturowym kontekście. Brałam udział w wystawach zbiorowych w Polsce i na Słowacji, a moja debiutancka kolekcja została zaprezentowana na Fashion Stage podczas Open’er Festival. Jestem autorką scenografii do ponad dwudziestu spektakli oraz współpracuje także przy projektach filmowych (m.in jako graficzka w Oscarem nagrodzonym filmie Strefa Interesów). Moje projekty były noszone m.in. przez Antoninę Nowacką, Oskara Karskiego, OTSOCHODZI, zespół IKARVS, Livkę, Sarę James oraz flecistkę Anię Karpowicz. W 2025 roku otrzymałam stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na realizację cyklu obiektów i kostiumów inspirowanych herstoriami pierwszych polskich studentek medycyny.







